Nie wiem czy Bóg istnieje, ale byłoby z korzyścią dla Jego reputacji, gdyby nie istniał" - Renard

Maks przerwał salto do tyłu stając na rękach i zmienił kierunek tak szybko, jakby od samego początku to planował. Wyskoczył pewnym ruchem do góry, by najpierw stanąć mocno na ugiętych nogach, a następnie zwarł się z nacierającym Lwem. Potem chwycił wciąż wiszący na szyi Lwa ręcznik i pociągnął tak, że twarz przeciwnika spurpurowiała; wyprostowywał się dzięki temu chwytowi, aż przeskoczył ponad ramieniem Lwa i zmusił go do lotu ku drzwiom. Maks wylądował na szczycie kredensu. Uważał przy tym, by nie nastąpić na jedzenie. Gdy szabla Lwa uderzyła o ziemię, zaraz usłyszał znajomy rumor padającego na podłogę potężnego ciała. - Ach, ci akrobaci - mruknął Lew. - Zawsze nienawidziłem akrobatów. Te cholerne króliki zawsze wyskakują spod nóg. - Zawsze ci powtarzam - rzekł Maks - że zwinnością można pokonać najsilniejszą rękę z mieczem. Lew skoczył na nogi, wykazując się nie lada zwinnością i wyłowił swój kawałek wołowiny z kinkietu. - Wszystkim o tym rozpowiadaj - powiedział. - Akrobaci są w porządku, jeśli zostawiasz ich w spokoju. Jeśli tak nie jest, szykuj się na śmiertelny cios. Gdy ruszył z powrotem w kierunku kredensu, zobaczył, że Maks stoi już na nim z założonymi na krzyż rękami i wybija takt nogą tuż obok miski z pieczonymi ziemniakami. - No dobra - rzekł Lew. - Na dzisiaj mam już dosyć. Zrób sobie kanapkę. - Nigdy nie będzie pasować - rozległ się skrzekliwy głos spod stołu. Coś czarnego i skórzastego poruszyło się i błysnęło za jedną z nóg, po czym rozpłynęło się w tyle kabiny, w cieniu rzucanym przez pojedynczą lampę pod sufitem. Drewniana paka przesunęła się z hukiem po deskach pokładu pod stołem, po czym grzmotnęła o ścianę. - Jeśli mogę pozwolić sobie na śmiałość, odnoszę wrażenie, że większość czasu spędzamy na przenoszeniu dobytku z miejsca na miejsce - zauważył inny głos tuż za drzwiami. W wejściu zachybotała sterta niechlujnie związanych książek, a za nią pojawiła się postać, która właśnie się odezwała. Osoba ta próbowała utrzymać tomy w nienaturalnie długich i chudych kończynach, które oplatały stosik tak ściśle, jakby zginały się nie tylko w łokciach, ale i w przedramionach. Skóra tych rąk, z pewnością nieprzypadkowo, miała odcień zieleni. Mamroczący coś "czarny płaszcz" wychynął spod stołu i czmychnął na bok, gdy wyższa z postaci zdecydowała się zrzucić książki na powierzchnię stołu. Czubek kaptura małej osóbki wystawał niewiele ponad blatem, tak więc przebywanie pod stołem nie było dla niej aż tak wielką niewygodą. - Nie po to wziąłem pracę, żeby meble ustawiać - rzuciła mamrocząca postać. Trzecia osoba siedziała przy stole, usiłując za wszelką cenę odszyfrować jakiś list. Człowiek ten podniósł wzrok znad sterty książek, które właśnie zasypały dokument grubą warstwą, tak że nie sposób go było szybko wydostać. - Co się stało, Haddo? - zapytał z rezygnacją i dezorientacją. - Problem, który komentował przed chwilą Master Haddo - powiedział ten o zielonkawej skórze, wyciągając poskręcane ramiona - dotyczył ściśle służebnych funkcji, do jakich ostatnio ograniczyła się nasza praca u pana. - Dam radę gadać sam za siebie - zacharczał Haddo. - Nic mi po jakimś rzeczniku. - Kaptur w oskarżycielskim ruchu uniósł się ku górze, ukazując bezdenną czerń, przetkaną jedynie dwiema świecącymi, pomarańczowymi plamkami, umieszczonymi mniej więcej tam, gdzie powinny znajdować się oczy. - Ale Wroclaw mówi prawdę. - Och, daj spokój - odrzekł mężczyzna przy stole. - Przecież wiesz, jaka jest sytuacja. Wiesz, że mnie samemu też nie bardzo się to podoba. -Ale to pan jesteś za stołem- odparł Haddo - a my harujemy z ciężarami. - Tyle że ja jestem szefem - zauważył Wielki Karlini. - To ja mam właśnie siedzieć i myśleć za stołem. Wy natomiast macie zajmować się takimi sprawami, jak pakowanie i przenoszenie rzeczy, właśnie po to was zatrudniłem. Wroclaw zakaszlał dyskretnie. - To niezupełnie prawda, jeśli wolno mi panu przypomnieć. - A nie mówiłeś pan "Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich"? -zapytał z oburzeniem Haddo. - Jeśli nie podoba ci się ta praca, Haddo, nic cię tu nie trzyma -rzekł Karlini. - Nie jesteś moją własnością; nie mam nic przeciwko temu, byś zabrał się stąd i wrócił, skąd przyszedłeś. Ale, ale: skąd przybyłeś? - Z Hinterlandów - odpowiedział Haddo. - Nie mówię, że chcę odejść. Każdy cywilizowany gość ma prawo się poskarżyć, nie przyzna pan? - Czego więc chcesz, Haddo? Następnej podwyżki? - Dotychczasowa umowa wystarczy. Słusznego uznania się domagam, no i równego traktowania. Karlini spojrzał w bok na Wroclawa. - Wroclaw? - Sądzę, że Master Haddo pragnie, aby uczestniczył pan w najcięższych pracach lub - jeśli to nie wchodzi w grę - właściwie go traktował, aby sam mógł dalej dźwigać ciężary. - Nigdy nic nie zyskasz - warknął Haddo do Wroclawa, - jak będziesz dobierał takie ładne słówka. Ja mam jedno pytanie: dlaczego ja, a nie pan, mam błagać? - Chcesz, żebym cię błagał, byś pracował dalej? - zapytał Wielki Karlini. - Dlaczego miałbym to robić? - To dodatek - odrzekł Haddo. - Sprawdź pan w umowie. Nic to pana nie kosztuje. - No więc dobrze - stwierdził Karlini. - Proszę cię, błagam, Haddo, zostań i kontynuuj tę poniżającą, lecz niezbędną pracę. Błagam cię. No i jak? - Nie było źle - odparł Haddo. - A co ze mną? - wtrącił się Wroclaw. Karlini zerwał się na nogi i wbił wzrok we Wroclawa. Spojrzał potem na swój taboret i zagrzmiał; - Czy chcesz, żebym i ciebie błagał? Zamachnął się w kierunku stołka i wyrzucił go w górę, potykając się o jedną z nóg, po czym odwrócił się i wyszedł z kabiny, lekko kulejąc. Haddo i Wroclaw spojrzeli po sobie, po czym skierowali wzrok w ślad za Karlinim, który wyszedł na pokład. - Coś podobnego - skomentował Wroclaw. Na rzecznej barce roiło się od bel materiału, owiniętych w nieprzemakalne pokrowce, wiązek starannie poskładanego twardego drewna, baryłek peklowanych ryb i wszystkiego, co można sprzedać drożej z dala od Roosing Oolvaya. Uginali się przy towarze członkowie załogi, którzy pakowali produkty na środku pokładu, gdzie nie docierały fale, albo pod ławkami dla wioślarzy. Karlini miał nadzieję, że zaraz zajmą się też ławkami; barka popłynie z biegiem rzeki, z prądem, więc chyba nie można spodziewać się zbyt wiele pracy przy wiosłach. Musiał przy tym przyznać, że marny był z niego żeglarz