Nie wiem czy Bóg istnieje, ale byłoby z korzyścią dla Jego reputacji, gdyby nie istniał" - Renard
Była bardzo zmęczona, bo tak jak my leciała z Warszawy przez Londyn i nawet nie miała czasu zobaczyć pałacu Królowej, no i nie mogła w samolocie spać, bo mnie przy niej nie było. W samochodzie mama i ja mówiłyśmy do babci obie naraz, tylko tata nic nie mówił. Za to jechał przez miasto tak, żeby były najpiękniejsze widoki. Ale babcia nie patrzyła na widoki, tylko mówiła, jak się cieszy, że już jest z nami. I oprócz tego – powiedziała – że ma słabe serce i trudno jej chodzić, to jeszcze teraz ma cukrzycę. W domu babcia zaraz poszła spać, a ja spytałam mamę, co to jest cukrzyca. No i dowiedziałam się, że to jest taka choroba, na którą trzeba codziennie brać lekarstwo, żeby nie było za dużo cukru we krwi, i trzeba przestrzegać diety, to znaczy nie wolno jeść słodkich rzeczy. Strasznie się z mamą zmartwiłyśmy, bo babcia przepada za słodkimi rzeczami, a w Australii są pyszne lody i ciastka, których kupiliśmy dla niej pełną lodówkę. I jak babcia to zobaczy, a nie będzie mogła spróbować, to jej się pewnie Australia nie spodoba. Kiedy babcia się obudziła, rodzice byli na zakupach. Wstała, wyjęła z torebki małe pudełeczko i igłę do zastrzyków. Ukłuła się nią w palec i kropelkę krwi wsunęła na specjalnym papierku do tego pudełeczka. Pudełeczko pisnęło i w okienku ukazały się jakieś cyferki. – Widzisz, Paciu – powiedziała babcia – to pokazuje poziom cukru we krwi. Muszę go badać trzy razy dziennie. Strasznie mi było babci żal, bo jak zobaczyła te cyferki, to westchnęła. Potem poszła do kuchni, otworzyła lodówkę i przyjrzała się temu, co było w środku. – Ojej – powiedziała już weselszym głosem – jakie pyszne rzeczy! Nałożyła sobie i mnie duże porcje tortu lodowego i tak sobie jadłyśmy rozmawiając o życiu, kiedy Sun zaskomlał – i weszli rodzice z zakupami. – Co mamusia robi!? – przestraszyła się mama. – Przecież mamusi nie wolno! Ja tu całe zakupy zrobiłam, żeby mamusia mogła przestrzegać diety! – Eeee – powiedziała babcia, chociaż minę miała taką jak Sun, kiedy ściągnie mamie prześcieradło z suszaka i nie wie, jak zostanie ukarany. – Badałam sobie krew i miałam całkiem niezły wynik. – Tak – powiedziałam z zadowoleniem, że mogę wtrącić się na temat. – Sama widziałam! Babcia się ukłuła i wyskoczyło osiem kropka siedem! – Matko Boska! – jęknęła mama i postawiła torby na podłodze, a babcia szybko zjadła jeszcze jedną łyżkę tortu i odsunęła talerzyk, jakby nie była ze mnie zadowolona. – No, to teraz prezenty – powiedziała, żeby zmienić temat. I chyba jej się to udało... Tatuś dostał książkę i od razu zamknął się w swoim pokoju, ja dostałam kasetę o dinozaurach, o której marzyłam od dawna, a mamusi babcia przywiozła lniany obrus i serwetki. Potem otworzyła drzwi do ogrodu i oczywiście Sun skoczył na nią radośnie, żeby się przywitać. Ubrudził jej łapami sukienkę i wylizał po twarzy. – Śliczny piesek – powiedziała babcia. – A kotka nie macie? Tej nocy spałam znowu z babcią i było jak dawniej: babcia ciągle była duża i miękka i sapała przez sen. A rano nie musiałam wyjątkowo iść do szkoły, więc napisałam bajkę: Żył sobie Król i żyła sobie Królowa. Mieli smoka, który się nazywał Paweł. Paweł był bardzo łakomy, ale nigdy nie jadł mięsa ani liści – jadł pióra. Jak tylko zobaczył jakiegoś ptaka, to od razu go łapał i zjadał mu wszystkie pióra. Czy żółte, czy czerwone, czy zielone – chrupał je ze smakiem. Król był z Pawła zadowolony, aż zauważył, że w jego królestwie brakuje ptaków. Poszedł powiedzieć to swojej żonie Królowej. Królowa się zastanowiła przez pięć minut, a potem podniosła głowę i powiedziała: – Mój drogi, trzeba naszego smoka usunąć z królestwa albo coś z nim zrobić. – Najlepiej posłać go do zoo – zaproponował Król. Wysłali Pawła do zoo, do wielkiej klatki, na której było napisane: „Pierwszy smok w naszym zoo. Jego imię: Paweł”. Minęło parę lat. Paweł był już stary i miał dość siedzenia w klatce, więc wyskoczył z niej, pobiegł do klatki z ptakami i pozjadał wszystkim pióra. Ale nie był w stanie zjeść piór kazuara, najpotężniejszego ptaka na kuli ziemskiej, ani strusia emu. Więc gdy skończył śniadanie, napił się wody i chcąc nie chcąc, przeszedł na dietę z liści, dzięki czemu żył jeszcze bardzo długo i w dobrym zdrowiu. X Babcia zawsze miała koty, więc teraz, kiedy przyjechała do nas z tą cukrzycą i słabym sercem, trzeba jej było kotka kupić. Mama trochę się broniła, mówiła, że nie chce więcej zwierząt w domu, bo w końcu i tak opieka spada na nią. Ale przecież mieliśmy tylko Suna, który był już za duży, żeby udawać kota. Nie dawał się brać na kolana czy do łóżka ani nie mruczał, kiedy się go głaskało, tylko skakał na wszystkich z jakiejś szalonej radości, aż mu uszy fruwały na boki, albo kopał pod krzakami róż w ogrodzie i wnosił ziemię do domu. A kotki są czyste, ciche i spokojne i załatwiają się do kuwety z piaskiem, a nie po całym ogrodzie, gdzie popadnie. Więc kiedy babcia przy śniadaniu po raz któryś z rzędu powiedziała, że chciałaby zobaczyć, jak tu w Australii wyglądają cmentarze, bo nie wiadomo gdzie przyjdzie jej spocząć, mama oświadczyła, że jedziemy po kota. Tatuś zabrał nas samochodem bardzo daleko, na drugi koniec miasta, w takie miejsce, gdzie gromadzi się bezdomne kotki. Takie zgubione i takie, których nie chcą już właściciele, bo podrosły, przestały być rozkosznymi kociętami, a zaczęły być problemem. Bo ludzie nie myślą – tłumaczył tatuś – kupują dzieciom malutkie futrzane stworzonka, a potem z tych stworzonek robią się dorosłe, niezależne zwierzęta, które się dzieciom nudzą, i nie wystarczy się z nimi bawić, trzeba się nimi opiekować i kochać, a miłość to jest też odpowiedzialność