Nie wiem czy Bóg istnieje, ale byłoby z korzyścią dla Jego reputacji, gdyby nie istniał" - Renard

Teraz, jak sądził, był w drodze ku może jeszcze straszliwszym niebezpieczeństwom. Wziął głęboki oddech i wybuchnął gwałtownym śmiechem. Na Croma! Człowiek raz tylko umiera, więc na cóż zdadzą się brednie o wyimaginowanych niebezpieczeństwach? Wystarczy pokonać strach, gdy je spotkasz, ze stalą w dłoni i szałem bitewnym w sercu. Mógł zmierzyć się z losem również na Bezimiennej Wyspie, która leżała przed nim gdzieś na krawędzi świata. ROZDZIAŁ V NA KRAWĘDZI ŚWIATA Całą noc dwa okręty mknęły po ciepłych południowych falach. O świcie „Łobuz”, tak jak robił to od pięciu dni, zwinął żagiel i został nieco z tyłu, by w coraz jaśniejszym świetle nie dostrzeżono go z „Petrela”. Z nadejściem nocy, gdyby nie dotarli jeszcze do Bezimiennej Wyspy, łatwo nadrobią stracony czas, gdyż smuklejszy kadłub i lepiej wyprofilowany dziób „Łobuza” dawał mu przewagę w szybkości nad mniej opływowym, masywniejszym „Petrelem”. Tymczasem ostra dziobnica „Łobuza” pruła niekończące się błękitno–zielone pagórki. Latające ryby wyskakiwały przed, statkiem wysoko w górę, szybowały w powietrzu na pół strzału z łuku i znów nurkowały w morzu. Od momentu wzięcia kursu na południe żaden statek nie zjawił się w zasięgu wzroku jednej czy drugiej załogi. Wkrótce na bezchmurnym niebie pojawiło się kilka małych obłoków. „Petrel” skręcił sterburtę i po kilku godzinach zza horyzontu pod obłokami wyłoniła się wyspa. Zarono stał zamyślony na przednim pokładzie i przyglądał się nieznanej wyspie. Nie wyglądała wcale groźnie z brunatnym piaskiem plaży i wysokimi smukłymi palmami o szmaragdowych liściach. Nikt nie mógł wiedzieć, co kryje się za zasłoną palmowych pni. Menkara, w pelerynie zarzuconej na chude ramiona, dołączył do Zarona. — To ta wyspa — rzekł beznamiętnie. Zarono odsłonił białe zęby w uśmiechu. — Tak, kapłanie, to ona. Ale zajmijmy się skarbem: jak jest strzeżony? Duchy, demony, czy tylko kilka smoków? Liczę na twoją nadprzyrodzoną siłę, że uchroni nas ona przed niebezpieczeństwem, gdy będziemy łupić grobowce, krypty i co tylko… Vancho! Steruj do tej zatoki, jeśli okaże się dość głęboka. Kwadrans później zakomenderował: — Rzucić kotwicę! Podciągnąć żagle! Vancho, spuść pierwszą szalupę i wybierz grupę rozpoznawczą. Najsilniejszych i dobrze uzbrojonych! Spuszczono z wielkim hałasem łódź i tuzin Zingaran ze szczękiem broni kolejno zeszło po linach, by zająć miejsca na ławach. Następnie odpłynęli w kierunku plaży. Gdy łódź zaryła dziobem w piasek, wyskoczyli tłocząc się, by wciągnąć ją dalej na brzeg. Na rozkaz bosmana rozeszli się po plaży, czujnie rozglądając się po palmach, każdy z wyciągniętym mieczem i palcem na spuście kuszy. Kilku z nich zniknęło na chwilę między drzewami, by pojawić się znowu, dając znak w kierunku „Petrela”, że wszystko w porządku. — Spuścić drugą łódź — powiedział Zarono. Razem z Menkarą i jeszcze ośmioma ludźmi zajęli swoje miejsca. Vancho pozostał na pokładzie. Druga łódź dotarła do brzegu bez przeszkód — Zarono przeprowadził przegląd załogi, a po kilku minutach razem z Menkarą i większą częścią desantu zniknął między palmami. Przy łodziach pozostało trzech korsarzy: smagły Shemita z haczykowatym nosem, olbrzymi Murzyn z Kush i łysy Zingaranin o czerwonej twarzy. Wszystko to Conan obserwował z wielką uwagą ze szczytu masztu „Łobuza”. Jego statek, ze zwiniętym fokiem, znajdował się tuż za linią horyzontu, wznosząc się i opadając niespokojnie na podłużnych falach oceanu. Przez jakiś czas grupa Zarona mieczami torowała sobie drogę przez gęste poszycie tropikalnego lasu. Wokół panowała cisza, nie licząc stękania i sapania strudzonych ludzi i odgłosów mieczy i maczet rąbiących łodygi pnączy i drzewek oraz szelestu liści podczas przedzierania się piratów przez dżunglę. Powietrze było gorące i parne. Pot lśnił na muskularnych ramionach, nagich torsach i czołach pokrytych bliznami. Zapach rozkładającej się roślinności mieszał się z wonią egzotycznych kwiatów, które odbijały się czerwienią, purpurą i bielą na tle ciemnej zieleni lasu. Zarono wyczuł jednak jeszcze inny zapach. Sporo czasu minęło, nim zdołał go rozpoznać. Zorientował się wreszcie, z dreszczem obrzydzenia, że to piżmowy odór węży