Nie wiem czy Bóg istnieje, ale byłoby z korzyścią dla Jego reputacji, gdyby nie istniał" - Renard
Już trzech myśliwych, między innymi van Koop, strzelało do niego po kolei, a żaden strzał go nie dosięgnął. Wtedy ja dałem ognia, daleko zakładając, stosownie do rady lorda Ragnalla. Ptak poleciał jeszcze trochę dalej, potem jak kamień padł martwy na ziemię. — Teraz już lepiej — rzekł Scroope, a chłopakowi rozjaśniło się oblicze. — Nareszcie przetarł sobie oczy — mruknął z cicha. Powodzenie dodało mi animuszu. Zacząłem strzelać coraz celniej, chociaż na ogół trafiałem przeważnie do trudnych ptaków, a przy łatwych strzałach pudłowałem. Van Koop, skończony artysta, nie zabiegał o łatwość strzałów — udawał mu się każdy. Na następnym zakładzie lord Ragnall, który pilnie obserwował moje niezbyt udane próby, zaproponował, ażebyśmy obaj, van Koop i ja, stanęli cokolwiek w tyle poza linią strzelców. — Widzę, że pana specjalnością są wysokie ptaki; będzie ich tutaj sporo. Staliśmy teraz w zagłębieniu pomiędzy dwiema porębami. Ta, którą szła nagonka, aż roiła się od bażantów. Warto było, doprawdy, przypatrzyć się pracy tych kilku dobranych strzelb. Ja sam strzelałem już teraz lepiej; już prawie dorównywałem Ragnallowi, a był to mistrz nie lada. — Brawo — zawołał lord, gdy schodziliśmy ze stanowisk. — Zdaje się, że pan ma widoki na wygranie swoich pięciu funtów. A jednak, gdy w godzinę potem zebraliśmy się na śniadaniu, okazało się, że mam o trzydzieści bażantów mniej od przeciwnika. Zacząłem wątpić o wygranej. Śniadanie, które spożywaliśmy w domku myśliwskim, zeszło nam bardzo przyjemnie. Ogólną harmonię psuł tylko van Koop, który mówił bez przestanku, przechwalając się swymi myśliwskimi triumfami. Drażniło to widocznie gospodarza, a również i niektórych gości, bardzo sympatycznych kompanów. Nareszcie pyszałek łaskawie raczył się zwrócić do mnie, w protekcjonalnym rzecz prosta tonie, pytając, jak mi się udały ostatnimi czasy moje wycieczki na słonie. — Bardzo pomyślnie — odparłem. — Powinien nam pan opowiedzieć cokolwiek ze swych nadzwyczajnych przygód. Obiecuję, że niczemu nie będę przeczyć, a ci 22 DZIECIĘ Z KOŚCI SŁONIOWEJ panowie nie mają takiego, jak my, doświadczenia w polowaniu na egzotyczną grubą zwierzynę. — Nie wiedziałem wcale, że pan w tej dziedzinie tak wiele ma doświadczenia. Owszem, przypominam sobie, jak kiedyś mówił mi pan w Afryce, że jedyną grubą zwierzyną, jaką udało się panu ustrzelić, był chory wół. Co zaś do mnie, to myślistwo traktuję jako zawód, nie jako sport, a nie lubię mówić o interesach w licznym towarzystwie. Van Koop zamilkł nareszcie, myśliwi śmiali się z cicha, a Scroope, mój zacny druh, zaczął opowiadać o mnie różne nadzwyczajności. Zawstydzony, wyszedłem przed dom, aby zobaczyć, jaka zapowiada się pogoda. Od południa w aurze zaszła wielka zmiana; niebo pokryło się chmurami, zerwał się silny wiatr, chwilami miotający płatkami śniegu. — Widzę, że czeka nas dosyć ciężkie zadanie w najpiękniejszym miocie koło jeziora — rzekł gospodarz. — Powinno tam paść około siedmiuset sztuk, a nie wiem, czy dociągniemy do pięciuset. Teraz, panie Quatermain, postawię panów na obu flankach. W ten sposób pójdzie na was najwięcej ptaków, gdyż przy takiej wichurze nie wszystkie ośmielą się lecieć przez jezioro. Ja będę już tylko widzem, gdyż na tym zakładzie nie może być więcej niż sześciu myśliwych, a i tak nie miałem zamiaru dalej dzisiaj polować. — Boję się, że sprawię panu zawód — rzekłem zaniepokojony. — O nie, nie obawiam się tego wcale. Szczerze mówię, że brak panu tylko wprawy i że w ciągu sezonu może pan stać się najcel-niejszym strzelcem wśród nas. Na razie jeszcze nie zdążył się pan zapoznać ze zwyczajami naszego ptactwa, a przy tym i z tą bronią i nie oswoił się pan na razie? A teraz w drogę. Jeszcze kieliszek wiś-J niówki na wzmocnienie nerwów. Wychyliłem kieliszek i poszliśmy w las. Rewir, w którym polowaliśmy dotychczas, ciągnął się szerokim pasem długości mniej więcej kilometra. Pod koniec zwężał się nieco i kończył dużym stawem, szumnie zwanym „jeziorem". Linia myśliwska ciągnęła się po drugiej stronie. Czterech strzelców miało stanąć nad wodą, vani Koop i ja po lewej i po prawej stronie, w odległości jakichś pięćdziesięciu kroków poza nimi. Pomyślałem sobie z pewnym niepokojem, że przy takim rozstawieniu nasi towarzysze będą mogli ze swych stanowisk śledzić dokładnie każdy nasz strzał, przy tym ZAKŁAD ALLANA QUATERMAINA 23 w pobliżu zebrał się tłum widzów, wśród których poznałem naszego przyjaciela, rusznikarza. Na szczęście, gdy szliśmy na stanowisko, zdarzyło się coś, co dodało mi otuchy. Nagle od strony nagonki rozległ się gruby głos nadleśnego: „Kuropatwy." — Baczność, panie Quatermain — szepnął lord Ragnall, a Bob prędko wsunął mi strzelbę w rękę. Po chwili ukazało się stado; gnane wichurą, ciągnęło ponad drzewami z niezwykłą szybkością. Strzeliłem do pierwszej — padła, potem drugi raz — trafiłem także. Z drugiej strzelby zabiłem trzeciego ptaka, gdy przelatywał mi nad głową, a potem, odwróciwszy się, strąciłem jeszcze ostatnią kuropatwę z szeregu