Nie wiem czy Bóg istnieje, ale byłoby z korzyścią dla Jego reputacji, gdyby nie istniał" - Renard
- Cicho, synku już niedługo zobaczysz słoneczko i będziesz biegał po swojej wyspie - przemawiał do dziecka Bernardito gładząc je po kędzierzawej główce. - Znalazłem wyjście z pieczary, rozumiesz, wyjście, trzeba je tylko odkopać i wtedy... Gdzieś daleko posypały się kamienie. Rozległ się jakiś dziwny pomruk i ściany pieczary drgnęły. W tej chwili stalaktyt urwał się i runął na ziemię, miażdżąc miskę z wodą. Pieczarę zaległa ciemność, gęsty pył wdzierał się do ust, nosa i oczu. Bernardito zacisnął powieki i skulony czekał, kiedy się to skończy. W jednej chwili ujrzał całe swoje przeszłe życie jak w oślepiającym blasku błyskawicy... Ale strop nad głową jeszcze się trzymał, a Bernardito zachował przytomność umysłu. Gdy wszystko ucichło, kapitan domyślił się, co się dzieje. Odkopywano ich dawną pieczarę! Widocznie Leopard kazał szukać ciała zasypanego syna. Podczas kopania marynarze zruszyli resztki ocalałego stropu i on to właśnie teraz runął. Jeśli zostało zasypane również rozwidlenie podziemnego chodnika, śmierć tym razem była nieunikniona. Bernardito z trudem zapalił swą malutką pochodnię. Grota była cała, nie licząc stalaktytu, który pod wpływem wstrząsu oderwał się od stropu. Ale wejście do chodnika było do połowy zasypane. Kapitan usunął ziemię, oczyścił wejście i poczołgał się ku rozwidleniu. Wszędzie leżała świeża ziemia, powietrze było jeszcze gęste od pyłu. Chodnik na prawo był wolny! Obawiając się nowych osuwisk Bernardito postanowił przenieść się z kolei do tego chodnika i stamtąd przebić się do podziemnego strumienia. Znów usłyszał stuki. Kopano więc dalej, lecz dla kapitana było rzeczą jasną, że nawet gdyby pracowała cała załoga „Oriona”, nie można by wcześniej dokopać się do pieczary niż za jakieś dwa, trzy tygodnie. Bernardito zaczął przenosić cały dobytek do prawego chodnika. Była to piekielna robota i trwała co najmniej dwie doby. Stary pirat był u kresu sił. Zupełnie wycieńczone dziecko nie krzyczało już i nie płakało; zwinięte w kłębuszek, jak zwierzątko, leżało na kurtce pirata, często zapadało w sen i budząc się patrzyło obojętnym wzrokiem na brodatego marynarza. Bernardito wyspał się w nowym „mieszkaniu”, pokrzepił ostatkami chleba i dręczony pragnieniem zabrał się do pracy. Według jego obliczeń minęło już chyba sześć, siedem dni od dnia katastrofy, gdy nagle trzy głuche grzmoty wstrząsnęły znów podziemiem. Nie wyglądało to na wstrząsy wulkaniczne, gdyż odgłosy te doszły go gdzieś z boku, od strony pierwszej pieczary. - Wysadzają skały! - mruknął i cisnął motyką o ziemię. - A niech ich wszyscy diabli! Zawalą cały chodnik. Robota szybko posuwała się naprzód - warstwy łupku ustępowały bez wielkiego oporu. Bernardito odwalał je za pomocą siekiery, motyki i dębowego drąga, który służył mu za klin. Chwilami odczuwał na twarzy chłodny powiew świeżego powietrza. W końcu, po upływie trzydziestu, może czterdziestu godzin otwór wyrąbany w skale był już na tyle szeroki, że mieściły się w nim ramiona Bernardita. Odłożył więc narzędzia i wsunąwszy weń głowę począł wpatrywać się w pustkę i mrok. W dole, o jakie sześć stóp niżej, słychać było szmer i plusk wody. A więc przebił się do jakiejś podziemnej groty lub tunelu, po którego dnie płynął strumień! Bernardito rozszerzył otwór i osłoniwszy dłonią płomyk kaganka oświetlił tunel. Jego strop 160 znajdował się o dwie stopy powyżej, w dole czerniła się groźnie bystra woda strumienia. Dziecko spało. Bernardito dodał tłuszczu do kaganka, postawił go w kącie i położył na książce obok Charliego ostatnią kromkę chleba i kawałek wędzonego mięsa. Następnie zdjął z siebie skórzany pas, zaczepił go o drąg umocowany w otworze i trzymając się pasa opuścił się wprost w czarną wodę. Była lodowato zimna, a jej rwący nurt o mało nie zwalił z nóg pirata. Bernardito umył twarz i ręce, wypił kilka łyków, przeżegnał się i popłynął przed siebie. Prąd strumienia niósł go w zupełnych ciemnościach. Kilka razy cisnął nim o kamienie i występy skalne, lecz wkrótce Bernardito znalazł się na żwirowatej mieliźnie. Orientując się po szumie wody naliczył dwa zakręty od początku swej drogi do mielizny. Dalej strop tunelu obniżył się, a prąd nabierał szybkości. Bernardito odpoczął chwilę i znów wszedł do wody. Niosła go coraz szybciej i po jakimś czasie w oddali zaświtała jakby szara plama. Jeszcze jeden zakręt strumienia i płynący człowiek począł już odróżniać kontury stropu i ścian tunelu